Kategorie

Wybierz interesujący Cię dział

Chleb z kredy, kawa z żużlu

Data: 12.10.2013 Autor: Paulina Wiśniewska
W1siziisijiwmtmvmtavmtivmtnfmtbfmtlfmti3xzgwmhb4x01lzglldmfsx2jha2vylmpwzyjdlfsizsisimpwzyjdlfsiccisinrodw1iiiwimtaynhgzmjajil1d

Podrabianie żywności zawsze było procederem intratnym. Dziś skarżymy się na fałszowany chleb, ser czy plagę podrabianego miodu. Nasi przodkowie raczej się nie skarżyli. Przyłapanemu fałszerzowi po prostu ucinali rękę.

Chleb nasz powszedni

Chleb, podstawowy składnik codziennego menu, jest fałszowany od zawsze. Dawniej najczęściej fałszowanym surowcem była mąka. Nadmierną przedsiębiorczością często wykazywali się młynarze. Pliniusz Starszy, wielki historyk i pisarz rzymski, pozostawił nam opis „dodatków”, które trafiały do mąki. Kreda, pasza bydlęca, trociny często trafiały do wypieków. Zanotowane przez Pliniusza wypełniacze nie wzbudzają apetytu, ale przynajmniej nie szkodziły. Choć na pewno nie cieszyły konsumentów, którzy odkrywali, że kupili bochenek, którym można pisać na tablicy. Niestety, fałszerze (tak jak i dziś) posuwali się do bardziej drastycznych metod, mieszając mąkę z bardzo niebezpiecznymi specyfikami. Średniowieczni piekarze mieli zwyczaj wyrabiać chleb z mąki, którą produkowano z wartościowych ziaren mielonych razem z chwastami. Często wśród nich znajdowały się rośliny szkodliwe dla zdrowia lub śmiertelnie trujące. Nawet wysoka temperatura panująca w piecach chlebowych nie neutralizowała ich właściwości. Ponadto chleb dla biedoty znacznie różnił się od tego wypiekanego dla rodziny piekarza i zamożnych klientów. Często niedopieczony, z najgorszej jakości surowców nie przyczyniał się do poprawy zdrowia i tak już schorowanych nędzarzy. Jednak najgorszym i najbardziej śmiercionośnym procederem było produkowanie mąki z ziaren porośniętych sporyszem.

Sporysz to silnie toksyczny grzyb atakujący zboża. Obecnie, dzięki nowoczesnym środkom ochrony roślin został wytępiony, ale dawniej dziesiątkował ludzi. Potrafił w krótkim czasie uśmiercić całe wsie. Wywoływał halucynacje, przykurcz mięśni, prowadzący w końcu do martwicy tkanek. Na „ognie świętego Antoniego”, jak nazywano zatrucie sporyszem, umierano długo i męczarniach. W okresach głodu ludzie jedli skażone ziarno, bo nie mieli innego wyjścia. Jednak w czasach dostatku otrzymywali truciznę prosto z pieca, od piekarzy, którzy mieszali dobrą mąkę ze skażoną. W samym tylko roku 944 w wyniku zatrucia sporyszem zmarło 40 tysięcy osób.

Dość wcześnie zauważono, że jakość wypiekanego chleba wiąże się nie tylko z jakością zboża, ale i z warunkami, w jakich był przygotowywany. Dlatego każdy, kto piekł pieczywo na sprzedaż w niewłaściwych warunkach był karany tak samo surowo jak za podrabianie składników. A nie były to lekkie kary. W Anglii za czasów Henryka III oszukującym piekarzom, (również takim, którzy zaniżali masę chleba przy sprzedaży) groziły: grzywna, pręgierz, chłosta lub ucięcie ręki. Władcy szybko doszli do wniosku, że przykładna kara ma nieocenione właściwości edukacyjne. Poza tym - lepszy jeden piekarz na szafocie, niż wytrute całe miasteczko. Takie działania, które może szokują dziś swoją surowością, były ówczesnym odpowiednikiem profilaktyki zdrowotnej.

RomanDailyLifeFood&DrinkPlacard.jpg

Targ rzymski. Około II wieku n.e.

Cynamon luksusowy.

W starożytnej i średniowiecznej Europie szafran był na wagę złota. Do dziś jest najdroższą przyprawą świata. Uncja crocus sativus kosztuje około 120 dolarów. Jest tym samym najczęściej podrabianą przyprawą, z tą tylko różnicą, że w obecnych czasach za jego fałszowanie nie trafia się na stos.

Dawne kary za podrabianie przypraw były wprost proporcjonalne do ich ceny. Przyprawy, czy też jak je nazywano, korzenie były towarem luksusowym. Funt cynamonu w Cesarstwie Rzymskim osiągał cenę nawet 5 kilogramów srebra. Cynamon, imbir, gałka muszkatołowa, wanilia i inne egzotyczne przyprawy sprowadzano głównie z Azji, czyli z końca świata. Trakty handlowe i szlaki morski roiły się od bandytów i piratów, przez co handel egzotycznymi towarami wiązał się ze sporym ryzykiem. Ceniono również lecznicze właściwości korzeni. Na tak zbytkowne, rzadkie i przydatne artykuły mogli sobie pozwolić tylko najbogatsi. Jeszcze w XIX wieku, mimo rozwiniętej sieci handlowej, korzenie były stosunkowo drogie i nie każdy mógł sobie na nie pozwolić. Drogocenne przyprawy przechowywano w specjalnych pojemniczkach, pod czujnym okiem gospodyni domu, dozowano jak leki, w większych ilościach używano tylko od święta

W tej sytuacji fałszowanie przypraw, choć bardzo ryzykowne, było interesem bardzo intratnym. Ponieważ ludzka kreatywność jest nieograniczona, nieograniczone były sposoby na podrobienie zamorskich korzeni. Pieprz mieszano z powszechnymi wtedy jagodami jałowca. Szafran „doprawiano” sproszkowanymi otrębami zbożowymi lub pyłkami miejscowych roślin. Nie trzeba dodawać, że często trującymi. Namiętnie fałszowano również gałkę muszkatołową, która po zmieleniu łatwo dawała się zmieszać z korą czy popiołem. Jej intensywny zapach skutecznie maskował obecność domieszek. Najczęściej podrabiano przyprawy, które przypływały do Europy już zmielone. Jakkolwiek trudno podrobić laskę wanilii czy cynamonu, to przyprawy w postaci proszku – jak najbardziej. Imbir zatem mieszano z kredą, cegłą, mieloną korą. Cynamon - ze sproszkowaną cegłą. Ziarenka pieprzu „miksowano” z najtańszymi, suszonymi jagodami. Często tak wzbogacone przyprawy leżały potem w wilgotnych piwnicach, gdzie pochłaniały wodę i nabierały masy. Tak obrobione sprzedawano potem za zwykłą, rynkową cenę.

Ofiarami fałszowania przypraw padali zwykle ludzie mniej zamożni, którzy nie mieli na co dzień styczności z tak drogimi specjałami. Podrobiony towar rzadko trafiał do najzamożniejszych, którzy znali smak oryginalnych przypraw. Kupcowi nie opłacało się tracić bogatych klientów. Poza tym klienci szybko by się zorientowali i wysłali fałszerza prosto na szafot.

Kary za podrabianie przypraw były drakońskie. Za najłagodniejsze uważano chłostę i pręgierz. Za szczególnie perfidne fałszerstwa groził szafot i wymyślne kaźnie. Można było stracić rękę, ponieważ podrabianie żywności traktowano jak kradzież. Zarówno fałszerzom jak i złodziejom groziło powieszenie. Była to dość łagodna kara, jako że za fałszowanie żywności często karano stosem. Co ciekawe, te metody radzenia sobie z oszustami musiały być dość skuteczne. Fałszerze mogli liczyć na spory zysk, ale ryzyko było zbyt wielkie. Najwyraźniej człowiek dwa razy się zastanowi, zanim wsypie chwasty do imbiru, mając w perspektywie stryczek albo stos chrustu.


A może by tak filiżankę żużlu?

Wraz z postępem technicznym i wzrostem liczby ludności zmieniły się sposoby fałszowania jedzenia. O ile jeszcze w XVIII wieku do oszukiwania klientów używano metod tradycyjnych, to w XIX wykorzystano rozwój nauk ścisłych i zaczęto stosować różne związki chemiczne. Fałszerstwo żywności rozpleniło się na niebywałą skalę. Zniesiono dawny system kar, jednocześnie nie stosując żadnego systemu kontroli. W efekcie w sklepach całej Europy można było nabyć następujące smakołyki: herbatę z siarczanem żelaza, kawę z domieszką żużlu, ser Gloucester barwiony tlenkiem ołowiu. Silnie toksyczne związki ołowiu były szczególnie miłe fałszerzom, bo dodawali je do niemal wszystkiego. Słodycze doprawiano tlenkiem ołowiu. Cukier faszerowano węglanem ołowiu i miedzią. Paprykę wzbogacano solami ołowiu. Ocet „wzmacniano” równie interesująco - poprzez dolewanie kwasu siarkowego.

W miastach, szczególnie w ubogich dzielnicach, rzadko kiedy można było dostać świeże, dobrej jakości mięso. Nagminnie sprzedawano wyroby z mięsa zwierząt chorych, zarobaczonych i padłych. Nie wahano się przed sprzedawaniem mięsa zepsutego, już gnijącego. W 1862 była to jedna piąta całego rynku mięsnego w Anglii, najbardziej rozwiniętego kraju ówczesnego świata! Ludzi było wielu, ceny wysokie, a biedacy nie mogli pozwolić sobie na wybrzydzanie. Efektem był katastrofalny stan zdrowia ogromnej części populacji, wysoka śmiertelność, zwłaszcza dzieci oraz stałe zagrożenie epidemią. W Polsce wyglądało to podobnie, przede wszystkim w miastach. Na wsi dostęp do dobrej jakości pożywienia był stosunkowo łatwy.

ang.JPG

Mała dziewczynka: „Jeśli można, Matka prosi o funt najlepszej herbaty, by zabić szczury i uncję czekolady żeby pozbyć się karaluchów?”(rysunek satyryczny z brytyjskiego czasopisma "Punch" 1885 rok)

Problem i następstwa handlu podrabianą żywnością dostrzeżono dopiero w XIX wieku. Opracowano wówczas szereg ustaw mających na celu zwalczanie tych praktyk i ochronę rynku. W 1894 roku w Wiedniu odbył się kongres dotyczący fałszowania żywności. Zakazano na nim między innymi stosowana toksycznych barwników i sacharyny. Kolejne kongresy i sympozja skutkowały następnymi ustawami wymierzonymi w fałszerzy.

XXI wiek...i co?

Na jednym z krakowskich placów targowych można spotkać uczynnego pana. Pan za śmiesznie niską cenę sprzedaje przyprawy, pakowane w spore woreczki. Można się nawet potargować. I choć dziś zakup przyprawy nie rujnuje rodzinnego skarbca, to wiele osób daje się skusić uczynnemu kupcowi. Potem mogą być lekko zdumieni, że imbir właściwie nie ma smaku, gałka muszkatołowa zapachu, za to cynamon posiada jakby lekki aromat placu budowy. Pomysłowość targowego biznesmena uzyskałaby wysokie noty w ocenie średniowiecznych oszustów. Natomiast niektórym firmom i koncernom dawni fałszerze zgotowaliby owacje na stojąco. Wprawdzie skończyły się czasy obcinania kończyn fałszerzom żywności (pewnie ku wielkiemu żalowi niektórych), ale sami fałszerze mają się świetnie. Ilość podrobionych artykułów spożywczych rośnie z każdym rokiem. Podróbka jedzenia to w końcu podróbka jak każda inna. Czasem tylko bardziej trująca.






Źródła: teksty źródłowe, artykuł Wojciecha Sawickiego "Fałszowanie żywności od czasów starożytnych aż do dziś" .

Skomentuj

Wojciech Sawicki
prawie 5 lat

Gratuluje udanego artykułu

Popierają nas

Walkę z podróbkami wspierają znane marki

Facebook

Dołącz do walki z podróbkami

Wspieraj nas

Wstaw nasz baner na swoją stronę