Kategorie

Wybierz interesujący Cię dział

Historia made in China czyli podrobić da się wszystko.

Data: 19.09.2013 Autor: Paulina Wiśniewska
W1siziisijiwmtmvmtavmdevmtrfntffntffntmyxzawmgrjn2e1mju4zmuxywq5mdqxzwzizwnkndfmzgvixzewxzeuanbnil0swyjliiwianbnil0swyjwiiwidgh1bwiilcixmdi0edmymcmixv0

Co łączy słynny angielski poemat i egipskie mumie? Ile kosztuje podrobiona relikwia na Placu Świętego Piotra? Czemu w Chinach nie warto odwiedzać muzeów? Zdumiewające, co kiedyś opłacało się fałszować.

Relikwie. Święty niezbędny w każdym domu.

2h.jpg

Jeden z 33 (!) jakoby autentycznych gwoździ, którymi przybito Jezusa do krzyża.

Człowiek Średniowiecza lekko nie miał. Jego krótkie i trudne życie upływało w nieustannym lęku przed zarazą, głodem, fanaberią możnych, wojną i wszelkimi innymi wątpliwymi atrakcjami, jakie mógł przynieść dzień powszedni. Bardzo potrzebował wsparcia i patrona, poczucia, że ktokolwiek nad nim czuwa. I choć teoretycznie Bóg był wszędzie, to dobrze było zadbać o przychylność osób mających na tamtym świecie spore wpływy. Świętych.

Kult świętych rozrósł się w Średniowieczu do nieprawdopodobny rozmiarów. Razem z nim kult relikwii, czyli cudownych pamiątek po świętobliwych osobach, ich rzeczach codziennego użytku oraz...ich ciał. Relikwie miały czynić cuda, uzdrawiać, przynosić szczęście, odganiać diabelskie moce i, w ogólnym rozrachunku, być gwarantem nieustającej opieki świętego nad posiadającym relikwie. Co więcej, wstawiennictwo świętego mogło skrócić męki czyścowe, co dla ówczesnych ludzi miało ogromne znaczenie. Wiadomo, im ważniejszy święty, tym lepsza opieka. Najcenniejszymi relikwiami były pochodzące od samego Jezusa, jego rodziny, jego apostołów i najważniejszych męczenników za wiarę. W pewnym momencie popyt znacznie przewyższył podaż i do akcji wkroczyli handlarze fałszywymi relikwiami czyli, jakbyśmy powiedzieli to dziś, handlarze podróbkami.

Proceder ten dobrze zobrazował Sienkiewicz, umieszczając w „Krzyżakach” postać Sanderusa, handlarza relikwiami, który oferował pióro ze skrzydeł archanioła Gabriela, szczebel z drabiny, która przyśniła się Jakubowi i kopytko osiołka, na którym podróżowała Matka Boska. Wyobraźnia pisarza przegrywa jednak w porównaniu z nieskończoną kreatywnością prawdziwych, średniowiecznych handlarzy. Za stosowną opłatą można było nabyć fragment pieluszki Jezusa, sianko z betlejemskiej stajenki, kroplę mleka z piersi Maryi, włos z brody apostoła Pawła czy też fragment ramy okna, przez które wleciał archanioł Gabriel podczas zwiastowania. Pobożni franciszkanie w jednym z klasztorów pokazywali...palce Ducha Świętego. Jeśli kogoś nie było stać na tak wykwintne relikwie, można było poratować się relikwią jakiegoś pomniejszego świętego. Wielką popularnością cieszyły się zęby trzonowe świętej Apolonii, męczennicy kościoła i patronki ukierunkowanej stomatologicznie – modlitwa do niej miała chronić od bólu zębów. Powodzenie miały fragmenty ciała świętych – kostki z palca, zęby, kawałki kości. Można je było nosić przy sobie, w małych relikwiarzach. Poza tym były tanie. W efekcie każdy poszczególny święty mógł się pochwalić kilkoma parami rąk i stóp, niezliczoną ilością palców i zębów. Fałszerze po prostu wykopywali zwłoki z cmentarzy, skupowali je od katów, rozczłonkowywali i sprzedawali jako relikwie. Czasami podsuwali wiernym kości kocie lub psie. Ogarnięty religijnym uniesieniem klient i tak nie zauważał różnicy.

Często, na potrzeby handlu, wymyślano dodatkowych świętych. Ograniczony, niepiśmienny kmieć czy biedny rzemieślnik nie orientowali się w sprawach kościoła na tyle, żeby wiedzieć, kto faktycznie jest świętym. Wystarczyło podać dowolne, wymyślone imię z jakaś ciekawą hagiografią w tle i już znajdowali się chętni na te „świętości”.

Nie tylko prostaczkowie dawali się nabrać. Parafie całej Europy zasypane były podrobionymi świętościami, do których pielgrzymowały tysiące wiernych. Każdy kościół za punkt honoru poczytywał sobie mieć choć jeden, choć najmniejszy święty szczątek. A im więcej, tym lepiej. Uczynni handlarze byli w stanie zaopatrzyć każdą świątynię.

Handel relikwiami przybrał w końcu takie rozmiary, że zaniepokoił samego papieża. W 1215 roku na soborze laterańskim ustalono, że prawdziwe relikwie to tylko te zatwierdzone przez papieża. Mimo surowych kar, jakie czekały na fałszerzy, proceder miał się dobrze. Jeszcze trzy stulecia później, podczas soboru trydenckiego, ogłoszono kolejne edykty dotyczące handlu relikwiami.

Żeby nie było tak wesoło – handel fałszywymi relikwiami kwitnie nadal, choć już nie taką skalę. Wystarczy wybrać się do Watykanu, gdzie pokątni handlarze oferują strzępki sutanny Jana Pawła II. Hurt-detal, 5 euro sztuka.

"Pieśń Osjana" - fake romantyczny.

492px-James_Macpherson_by_George_Romney.jpg

Portret Jamesa Macpherona autorstwa Georga Romneya.

W roku 1760 szkocki poeta James Macpherson ogłosił drukiem zbiór poematów niejakiego Osjana, celtyckiego barda żyjącego we wczesnym średniowieczu. Macpherson odkrył pieśni, przetłumaczył z gaelickiego na angielski i zredagował całość. Świat oszalał. „Pieśni Osjana” stały się przebojem wydawniczym, który można porównać do wydania „The Wall” przez Pink Floyd. Szczególnie młodzież poddała się urokowi dawnych pieśni. Wychowana w kulcie rozumu i realizmu znalazła w twórczości Osjana świat zupełnie odmienny. Świat mityczny, pełen wielkich bohaterów, szalonych namiętności, niesamowitości, odwagi, szlachetnych porywów i miłości aż po grób. Wszystko w nastrojowej, mrocznej scenerii dawnych Wysp Brytyjskich. Siła poezji była tak wielka, że Osjana nazywano nawet „Homerem Północy”.

„Pieśni Osjana” były wielkim wydarzeniem kulturowym. Zaczęła się moda na odszukiwanie i publikowanie dawnych tekstów, dzięki czemu wiele wspaniałych utworów ujrzała światło dzienne. Wokół rezydencji arystokracji powstawały ogrody, których sceneria miała być zbliżona do opisanej w pieśniach. Dzieciom nadawano imiona bohaterów utworu – zaroiło się od małych Fion, Oscarów i Selm.

Badacze literatury mieli jednak pewne wątpliwości. Dość szybko zaczęły pojawiać się głosy, że „Pieśni Osjana” są fałszywką, a sam Osjan nigdy nie istniał. Ze szczególnym zacięciem oryginalność pieśni badali zwolennicy myśli oświeceniowej, którym bardzo nie podobała się sentymentalna, romantyczna wymowa utworu. Jednym z takich gorliwych denuncjantów był sam Samuel Johnson.

Debata trwała wiele lat, aż w końcu, przyciśnięty do muru niezbitymi argumentami, Macpherson przyznał się do mistyfikacji. Pieśni Osjana to fałszywka. Szkocki poeta napisał je sam, swobodnie żonglując motywami z legend i podań celtyckich, które badał wiele lat. Jedno z największych wydarzeń kulturalnych końca XVIII wieku okazało się zwykłą podróbką.

Co ciekawe, mimo że „Pieśni Osjana” okazały się fałszywką, ich wpływ był tak wielki, że nie miało to już żadnego znaczenia. Nadal zaczytywano się nimi, tłumaczono je w całej Europie. Były jednymi z ukochanych lektur twórców romantyzmu. Uwielbiali je Goethe, sir Walter Scott, Mickiewicz, Schubert i List. Poemat Macphersona był ukochaną książką bożyszcza wczesnego romantyzmu, Wertera.

„Pieśni Osjana” okazały się wprawdzie podróbką, ale jest to jeden z niewielu przypadków w dziejach, kiedy nie ma to absolutnie żadnego znaczenia.

Na migrenę szczypta faraona.

1h.jpg

Pojemnik do przechowywania proszku z mumii.

Kiedy po upadku Rzymu nasi przodkowie z wielkim oddaniem budowali epokę ciemnoty i zaprzepaszczania dorobku Antyku, Arabowie przeżywali swój Złoty Wiek. Przepaść cywilizacyjna między światem Krzyża a światem Półksiężyca była ogromna. Przejawiała się we wszystkich dziedzinach życia, ale w żadnej tak widocznie jak w nauce. A zwłaszcza w medycynie. Arabowie, czy też, jak ich nazywano w Europie, Saraceni słynęli na cały ówczesny świat jako wspaniali lekarze. Kiedy znakomita większość Europejczyków mogła liczyć co najwyżej na pomoc babki wioskowej, znachora czy w miarę uczonego mnicha, Arabowie rozwijali chirurgię, opisywali nowe choroby, zajmowali się produkcją zaawansowanych leków i narzędzi medycznych. Prowadzili studia nad nowymi metodami leczenia, obficie czerpiąc z dorobku medycyny greckiej.

W roku 640 roku Persowie najechali Egipt. Najeźdźcy odkryli przy okazji nieznane sobie zjawisko – owinięte w bandaże, zabalsamowane ciała zmarłych. Zainteresował ich zwłaszcza ciemny kolor zwłok. Lekarze wysnuli wniosek, że do balsamowania zmarłych używano bituminu – cennego, ale bardzo rzadkiego środka służącego do skutecznego zwalczania chorób. Niewielkie ilości sproszkowanych mumii zaczęto dodawać do leczniczych wywarów i pigułek.

Wieść o sensacyjnym odkryciu dotarła do Europy. Sława saraceńskiej medycyny okazała się silniejsza od zdrowego rozsądku i szybko po Egipcie zaczęli krążyć handlarze, skupujący zmumifikowane zwłoki. Cena tego makabrycznego medykamentu była ogromna, ale starający się ratować swoje zdrowie i życie ludzie byli w stanie zapłacić wiele. Pomimo, że arabscy uczeni dość szybko zorientowali się, że w zabalsamowanych ciałach nie ma śladu bituminu i zaprzestali produkcji proszku z mumii Europejczycy sprowadzali nieszczęsne zwłoki na potęgę aż do XVI wieku. Mumia musiała znaleźć się w pracowni każdego alchemika, lekarza czy farmaceuty. Cenny proszek miał być cudownym remedium na wszystko – od kaszlu i migreny po epilepsje, choroby kobiece i paraliż. Zalecał jego stosowanie nawet sam Francis Bacon.

Prawdziwe, stare mumie jak wspomniano, osiągały zawrotne ceny, ale miały jedną wadę – nie było ich aż tak wiele, żeby zaspokoić popyt. W dodatku były raczej trudno dostępne. Dlatego wielu handlarzy postanowiło ułatwić sobie interes i przez Morze Śródziemne popłynęła fala sfałszowanych mumii i fałszywego proszku. Dzięki procesom chemicznym można było przyspieszyć starzenie się zwłok. Często w bandaże owijano po prostu stare gnaty niewiadomego pochodzenia, często bydlęce, i jako oryginalne mumie sprzedawano do Europy. Był to niebezpieczny proceder, bo o ile stare mumie nie pomagały, ale też nie bardzo mogły zaszkodzić, to fałszywe często zawierały w sobie trujące substancje chemiczne. Na szczęście makabrycznego specyfiku używano w śladowych ilościach.

Wraz z rozwojem medycyny zaprzestano sprowadzania zmumifikowanych zwłok z Egiptu w celach leczniczych. Fałszowanie mumii jednak nie ustało. Kilka stuleci później mumie znów zaczęły pokonywać Morze Śródziemne, tym razem jako cenne eksponaty archeologiczne. I znów na arenę wkroczyli sprytni fałszerze, którzy wykorzystali modę na archeologię. Do dziś w wielu muzeach świata, między innymi w Muzeum Narodowym w Warszawie, można spotkać fałszywe mumie ludzi i zwierząt.

Antyki - manufaktura zabytków.

3h.jpg

Nie do końca oryginalne chińskie zabytki. Fot. AFP.

Najchętniej podrabia się przedmioty, które mają dużą wartość. Nie jest więc niczym zaskakującym, że na liście najpilniej fałszowanych rzeczy antyki są w ścisłej czołówce. Niewiele osób jednak wie, że ofiarami oszustów padają nie tylko nuworysze, chcący zaimponować gościom meblami w stylu Ludwika XVI. Często fałszerze nabierają nawet ekspertów. Głównie dlatego, że handel podrobionymi „zabytkami” jest tak stary, jak samo zainteresowanie przedmiotami z dawnych epok.

W epoce Renesansu, co wie każdy uczeń, nastąpił zwrot w stronę dawnej kultury greckiej i rzymskiej. W dobrym tonie było nie tylko znać klasyczną łacinę, studiować greckie pisma i kontemplować sztukę antyku. Wypadało również kolekcjonować cenne przedmioty pochodzące z tych czasów. Wielu kolekcjonerów byłoby zdumionych, ile z ich cennych eksponatów było jak najbardziej współczesnych. Artyści nader często dorabiali sobie, tworząc psudoantyczne podróbki, sprzedawane potem za niemałe sumy jako oryginały. Podobną działalność rozwijali fałszerze ze światłej epoki Oświecenia. Po raz kolejny spragnieni kontaktu z doskonałą sztuką antyku kolekcjonerzy byli nabijani w butelkę czy też w amforę przez twórców podróbek.

W zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie znajduje się pochodząca ze starożytnego Rzymu wotywna figurka z brązu. Nikt nie wątpił w jej autentyczność, dopóki któregoś dnia studentka filologii klasycznej nie spostrzegła, że na inskrypcji znajduje się...literówka. Zamiast invicto czyli „niezwyciężony” widniał napis invito czyli „niechciany”. W innym przypadku dałoby się to jakoś wytłumaczyć zwykłym ludzkim błędem, ale chodziło przecież o przedmiot sakralny. Nikt nie poświęcałby figurki niechcianemu bogu. Szybko wyszło na jaw, że posążek nie powstał w starożytności, pod gorącym słońcem Italii. „Niechciany” okazał się rodowitym Niemcem z Nadrenii. Pojawił się na świecie w warsztacie zawodowego fałszerza, jako jeden z licznej gromadki falsyfikatów, które jako oryginalne antyki wyruszyły w świat. W natłoku pracy artyście-oszustowi omsknęła się ręka.

Czasem podróbki starożytności potrafią namieszać. Swego czasu Ignacy Kraszewski, nie laik przecież, padł ofiarą oszustwa. Do jego rąk trafiły zabytkowe figurki, wykopane przez archeologa-amatora, Adama hrabiego Platera. Młodzieniec ów oddawał się z zapałem modnej wówczas zabawie w wykopaliska, przewracając do góry nogami ojcowską posiadłość i ryjąc gigantyczne dziury w ziemi. Stary hrabia, Stefan Plater, czy to kierowany chęcią nagrodzenia synowskich wysiłków czy przerażony rozmiarami zniszczeń wywołanych archeologicznym zacięciem, podrzucił na wykopaliska przywiezione z Egiptu figurki. Same posążki nie miały właściwie żadnej wartości, ale jako wydobyte z litewskiej ziemi pamiątki czasów prasłowiańskich stały się bezcennymi bohaterkami wielu prac naukowych. Nieświadom oszustwa Kraszewski opisał je w swoim dziele „Sztuka Słowian” i do końca swoich dni nie wątpił w ich autentyczność.

Obecnie nie ma na świecie muzeum czy kolekcji, w którym nie byłoby przynajmniej jeden podróbki. Co ciekawe, i w tej dziedzinie Chińczycy wygrywają jako niekwestionowani liderzy producentów podróbek. Niedawno w prowincji Habei zamknięto muzeum. Okazało się, że na kilka tysięcy wystawionych tam eksponatów autentyczne było aż...80.

Skomentuj

Popierają nas

Walkę z podróbkami wspierają znane marki

Facebook

Dołącz do walki z podróbkami

Wspieraj nas

Wstaw nasz baner na swoją stronę