Kategorie

Wybierz interesujący Cię dział

Trunki niepoczciwe. Jak dawniej podrabiano piwo i wino.

Data: 04.10.2013 Autor: Paulina Wiśniewska
W1siziisijiwmtmvmtavmdqvmtdfmddfmjnfnjk3x3p1nmd5egnmd2xiag1uawnods5qcgcixsxbimuilcjqcgcixsxbinailcj0ahvtyiisijewmjr4mziwiyjdxq

Stryczek, utopienie, spalenie na stosie. Kary za podrabianie trunków był drakońskie. Ale nie brakowało takich, którzy dla niemałego zysku byli gotowi zaryzykować. Kary były tak surowe, bo i szynkarze nie mieli dla swoich klientów litości.

Do wody wrzuci się ją...za podłe piwo.

Hammurabi miał jasno sprecyzowany pogląd na fałszowanie piwa. Sprzedawanie rozcieńczonego wodą, czyli podrobionego, za jego czasów karano śmiercią. Konkretnie: utopieniem. Jeśli potraktujesz piwo wodą, my potraktujemy nią ciebie. Oko za oko. Gdyby wprowadzić to prawo w obecnych czasach, w Polsce zanotowalibyśmy znaczny ubytek właścicieli barów.

figure1.jpg

Wbrew pozorom, problem był poważny. Piwo, zarówno to sumeryjskie, jak i średniowieczne, było napojem tak powszechnym, jak dziś herbata czy kawa. Nie było szczególnie mocne ani szczególnie klarowne, raczej gęste i zawiesiste. Nie pito go, tak jak dziś, dla rozrywki, tylko dlatego, że stanowił jedyny powszechnie dostępny napój. Woda, tak jak dziś w krajach Trzeciego Świata, była fatalnej jakości, roiła się od pasożytów i zarazków. Proces warzenia i wytworzony alkohol skutecznie usuwały większość bakterii z płynu. Ponadto dobrze uwarzone piwo było wysokokalorycznym i wartościowym składnikiem codziennego pożywienia. Ale chodziło nie tylko o zapobieganie epidemiom. Chleb i piwo składano w ofierze bogom, którzy na temat fałszywek mieli bardzo stanowcze poglądy. Nie ma się co dziwić, że prawodawcy z fałszerzami się nie patyczkowali. „Do wody wrzuci się ją” stało w Kodeksie Hammurabiego (warzenie i sprzedaż piwa były typowo kobiecymi zajęciami), a jak stało w kodeksie, to trzeba było egzekwować. I nadmiernie przedsiębiorcze szynkarki lądowały w Eufracie.

W średniowiecznej Europie najwięcej piwa produkowali Anglicy. Wino, codzienny napitek w kulturze śródziemnomorskiej, był za drogi. Powszechny w państwach słowiańskich miód – mało znany. W związku z tym każda angielska pani domu umiała nie tylko piec chleb, ale i warzyć piwo. Nadwyżkę tej domowej produkcji zwykle sprzedawała, i, kiedy tylko mogła, podrabiała ile wlazło . Z tych samych powodów, dla których Sumerowie radykalnie rozprawiali się z piwnymi podróbkami (minus gniew bogów), władcy Albionu szybko zabrali się za rodzimych fałszerzy. W 1266 roku pojawił się pierwszy edykt „Assisa panis et cervisiae” regulujący kwestie wyrobu piwa. Określono w nim dokładne proporcje składników, wymaganą jakość i cennik. Komu żądza pieniądza przesłoniła umysł i piwo sprzedawał po zawyżonej cenie, ze złych składników czy sfałszowane, tego szybko do rzeczywistości przywracali specjalnie powołani kontrolerzy. Konopny sznur, na którym takiego delikwenta wieszano był aż nadto rzeczywisty.

W Polsce nadmiernie przedsiębiorczych szynkarzy i browarników nie brakowało. W dodatku pełnych werwy i inwencji, dzięki czemu wielu ich klientów prosto z szynku lądowało na cmentarzu. Jeśli sprawa się wydała, tę samą drogę na żalnik pokonywał rzutki biznesmen, zahaczając po drodze o lokalny szafot. Kary były tak surowe, bo i szynkarze nie mieli dla swoich klientów litości. Notorycznie dodawano do piwa zioła, żeby poprawić jego smak lub sprzedawać jako drogi, importowany trunek. Bywały wśród tych ziół i trujące. Skwaśniałe piwo „reanimowano” niegaszonym wapnem. Proces fermentacji regulowano cyną, z której wytrącały się związki ołowiu, powodujące silne zatrucia. Tanie, złej jakości krajowe piwa sprzedawano z wielokrotnym zyskiem jako drogie, bardzo wówczas cenione piwa angielskie. Fałszowanie piwa najbardziej dotykało oczywiście biedotę, z której łupiono, ile się dało, sprzedając jej piwo najgorsze, często zatrute tajemniczymi domieszkami. Magnat Krzysztof Opaliński dosadnie wypowiadał się o piwie dla chłopów, „którym by same trzeba dyjabły truć w piekle”. Zasięg piwowarów był jednak ograniczony, „dyjabły” mogły spać spokojnie. Truto, i to z dużym powodzeniem, miejscowych. Siedemnastowieczny dziejopis Komoniecki pomstuje na żywieckie piwo warzone z perzu: „[…] ludzie nie mogli się do niego przysposobić, chorując wiele, a zwłaszcza Jurek Wróbel, młynarz stary spod Łyski i Mateusz Kalfas z Milówki z tego piwa pomarli, co to jawne wszystkim było”. Nie ma się zatem co dziwić, że podrabianie piwa traktowano niemal jak trucicielstwo i karano srogo.

471px-The_Brewer_designed_and_engraved_in_the_Sixteenth._Century_by_J_Amman (1).JPG

Wiek XIX, na skutek rosnącej śmiertelności w wyniku zatruć pokarmowych, w tym fałszywym alkoholem, przyniósł zmiany. W krajach europejskich i w USA zaczęto wprowadzać regularne kontrole browarów i punktów sprzedaży alkoholu. W XX wieku niemal zupełnie zniknął proceder dodawania do piwa śmiertelnie niebezpiecznych składników. Jednak piwo fałszuje się nadal, głównie zmieniając wymagane proporcje składników, dodając sztuczne polepszacze smaku i rozcieńczając wodą. Ciekawe, co powiedziałby na to Hammurabi.

Fabryki win

057.jpg

Wino, dla wielu Polaków trunek ekskluzywny bez względu na jakość, dla antycznych Greków i Rzymian był miejscowym odpowiednikiem piwa. Grecy pili je z wodą, uważając upijanie się nierozcieńczonym winem za barbarzyństwo niegodne cywilizowanego człowieka. Nie uważali tego za fałszerstwo, zwłaszcza, że wodę dolewano dopiero w domu. Rzymianie woleli czyste, nierozcieńczone. Już w czasach Antyku ceniono jednak dobre jakościowo wino z najlepszych winnic. I kto się wtedy pojawiał? Wino podrabiano na potęgę. Fałszerze wyłazili ze skóry, żeby tanim trunkom nadać smak, aromat i kolor win kosztownych. Było to dość trudne wyzwanie. W lokalach podawano różne wynalazki. Pół biedy, jeśli, tak jak w Cesarstwie Rzymskim, fałszowano je wodą. W takim wypadku szynkarz mógł się narazić najwyżej na obelgi ze strony klienta. Pewien anonimowy miłośnik wina z Pompei wyraził swoją opinię na ścianie lokalu - „Niechże cię zgubią twoje szwindle, szynkarzu: wodę nam samą sprzedajesz, ty – czyste wino wypijesz”. Można odnieść wrażenie, że nie był to klient zadowolony. Jednak często stosowano bardziej wymyślne sposoby.

images.jpg

Podrabianie wina było procesem wymagającym znacznie większej inicjatywy niż podrabianie piwa. Przede wszystkim ilość gatunków („marek” jak powiedzielibyśmy dzisiaj) była znacznie większa. Były wina złote, białe, różowe, czerwone, słodkie, wytrawne i tak dalej. Mieszkańców krajów na Morzem Śródziemnym trudniej było oszukać niż ludzi Północy, ze względu na wielowiekowe tradycje winiarskie tych okolic. Nieobeznanych mieszkańców państw na północ od Alp oszukiwano, ile wlazło. W Średniowieczu wino było towarem luksusowym. Najlepsze i najdroższe gatunki pijali tylko arystokraci i wyżsi rangą duchowni. Mniej zamożni i biedota kontentowała się tradycyjnym piwem i miodem. Tak to już jednak jest, że jeśli ktoś awansuje o klasę w drabinie społecznej, natychmiast chce pozować na szlachtę. Nawet, o dziwo, szlachta. Jednym wyznaczników statusu było wino, które, wraz z bogaceniem się społeczeństw zaczęto w coraz większych ilościach sprowadzać do Anglii, Niemiec, Polski czy Szwecji. Oczywiście, jakość wina mogli ocenić tylko nieliczni, natomiast cała reszta piła, co jej podano. A podawano substancje niezwykłe. W 1752 roku pojawił się nawet artykuł, instruujący, jak z win słabych zrobić wina markowe (i jako takie je sprzedać, oczywiście). Czytamy więc, że: „[...]chcesz mieć wino złotego koloru, włóż słomy owsianej żółte na dno w beczkę i nalej winem. Czerwone wino zrobisz, gdy włożysz w niego czerwoną chusteczkę, którą w korzennych sklepach i aptekach dostaniesz […] insi morwy kładą albo maliny […] na proch starte w wino sypią. Przeciwnym sposobem z czerwonego zrobisz białe, gdy dwa łuty soli grubej do dwóch garncy wina włożysz […]. Ostre wina temperują sztukę solonej wieprzowiny, to jest słoniny tłustej, uwiązawszy ją na sznurku żeby na wierzchu pływała […].” Wymienione w tekście substancje, choć mało zachęcające, bledną jednak przy fałszowaniu wina na masową skalę. Cienkie, niesmaczne wina, których nie chcieli pić Południowcy, kupcy niemieccy skupowali na wielką skalę za grosze. Następnie przywozili na Północ i „uzdatniali” do picia przy pomocy całej tablicy Mendelejewa. Do beczek pakowano między innymi: kredę, niegaszone wapno, barwniki, ołów, arszenik, siarkę. Stanisław Trembecki, koneser, nie miał złudzeń. Pisał o winie: „[...] jakież na północy pijamy? Wszak najwięcej francuskich. Wiedzieć by się godziło, że iż prowincja szampańska i burgundzka nie wydają tyle wina, ile go Paryż i kilka innych wielkich miast francuskich potrzebują: jakimże tedy trafunkiem aż i do nas przybywa?” Osobną kategorią był podrobiony szampan. Tu już trzeba było wykazać się nie lada wirtuozerią, żeby oprócz koloru i smaku, podrobić charakterystyczne bąbelki. Jednak dla chcącego nic trudnego. Znów Trembecki: „Widzieć można bez tajemnicy w Hamburgu wystawione tablice z napisami: Tu jest fabryka najlepszego szampańskiego wina. Już i w Warszawie tegoż nauczono się sekreta, mieszając do cienkuszu gnój gołębi. Nasz niemyśląca młodzież tego wina skakaniu i pianie dziwując się jak Lapon gruszkom, wypróżnia sobie kieszenie kupując zamęt głowy i zasłabia żołądek najnieprzyzwoitszym napojem.” Tyle poeta. Oczywiście, moraliści mogli sobie grzmieć i pisać eseje, ręce załamywać, drwić i wyśmiewać – nic to nie dało. Fałszerstwo kwitło, bo nieobeznani klienci kupowali wino nie dla smaku, ale dla zadania szyku.

Od czasów Trembeckiego upłynęło parę ładnych lat, a poza technikami fałszowania zmieniło się niewiele. Nadal podrabianie wina to intratny interes. Nadal zbyt wiele osób kupuje je w celach reprezentacyjnych, nie mając pojęcia, co tak naprawdę znajduje się butelce. I „zasłabia sobie żołądek najnieprzywoitszym napojem”.

*Przy pracy nad artykułem korzystałam z tekstów źródłowych oraz książki Zbigniewa Kuchowicza "Obyczaje staropolskie".

Skomentuj

Popierają nas

Walkę z podróbkami wspierają znane marki

Facebook

Dołącz do walki z podróbkami

Wspieraj nas

Wstaw nasz baner na swoją stronę